Kroniki Shannary – recenzja pierwszego sezonu

Facebooktwitter
[Średnia ocena: 3.5]

Shannara_header[1]
Fantasy – ciekawy gatunek filmowy, dumnie reprezentowany przez dwie epickie trylogie: „Władca Pierścieni” i „Hobbit”. Niestety, poza tolkienowskimi adaptacjami, godne uwagi tytuły można policzyć na palcach jednej ręki. Nie dziwi zatem, że każda nowa produkcja w tych klimatach daje promyk nadziei.

Kroniki Shannary to bez wątpienia fantasy, widać to od pierwszych scen. Jest to serial produkcji stacji MTV, którego pierwszy sezon miał swoją premierę w styczniu 2016, a od stycznia 2017 jest dostępny w serwisie Netflix. Opowieść oparta jest na książkach Terry’ego Brooksa, który, tak na marginesie, bywał posądzany o plagiat wspomnianego Władcy Pierścieni. Akcja dzieje się 3000 lat po upadku ludzkiej cywilizacji, która prawdopodobnie wytępiła się w skutek wojny nuklearnej. Nie jest to nigdzie wspomniane w serialu, ale sugeruje to opening, w którym widać eksplozje i fale uderzeniowe. Jest to swego rodzaju powiew świeżości w gatunku fantasy. Nie mamy do czynienia z jakąś inną planetą, a właśnie z naszą Ziemią, po której teraz biegają elfy, gnomy i inne stwory, pośród ruin naszej cywilizacji. Piękne plenery są tym, co urzeka w serialu od samego początku. Zieleń, pagórki, lasy, poprzeplatane ruinami wieżowców i zawalonych mostów. Wygląda to pięknie.

Historia opowiada losy elfów, które strzegą wielkiego Drzewa Ellcrys, będącego ochroną przed demonami. Brzmi to może trochę dziwnie, ale chodzi o to, że każdy liść na drzewie więzi jednego demona, nie wpuszczając go do świata Czterech Krain. Sam początek sezonu, to wybory nowych strażników. Funkcję tę odwiecznie pełnili mężczyźni, lecz tym razem do tej grupy udało się dołączyć wnuczce króla, Amberle (Poppy Drayton).  I jak to zwykle bywa, po setkach lat spokoju, nagle drzewo zaczyna umierać i gubić liście. Każdy, który opada powoduje, że do świata przedostaje się demon. Trzeba ratować drzewo, zanim zgubi wszystkie liście, uwalniając samego władcę zła, Dagda Mora (Jed Brophy). Bardzo szybko okaże się, że ze wszystkich strażników pozostała tylko nasza dzielna księżniczka, więc naturalnie będzie potrzebowała pomocy. Los połączy ją z czasem z Willem (Austin Butler), półelfem, który posiada zdolności magiczne, o których nie ma pojęcia. A potem do ekipy dołączy jeszcze złodziejka Eretria (Ivana Baquero), która początkowo ma niecne zamiary. Wyruszą oni w niebezpieczną podróż, której celem jest odnalezienia nasiona Ellcrys, z którego drzewo się odrodzi. Ważną postacią jest również Allanon (Manu Bennett), druid władający magią, który daje cenne wskazówki młodym bohaterom i jest doradcą króla elfów. Przez cały sezon przewinie się jeszcze kilka mniej czy bardziej ciekawych osobowości, które będą miały swoje pięć minut i postarają się namieszać. Ogólnie serial stara się być pełen intryg i zwrotów akcji, ale czasem nie wychodzi mu to najlepiej.
null

Opowieść w teorii nie brzmi wcale tak najgorzej, jednak bardzo szybko dostrzegamy, jak poziom pikuje w dół, a serial z fantasy przeradza się w młodzieżową historyjkę, która może spodobać się piętnastolatkom, ale na pewno nie bardziej wymagającym widzom. Nasze trio to dwie młode i piękne kobiety, plus ładny blondasek. Jak nietrudno się domyślić bardzo szybko powstanie między nimi trójkąt miłosny. Obie panie będą patrzyć na siebie niechętnie i regularnie mieć focha, kiedy przyłapią swojego lubego w objęciach tej drugiej. Oczywiście obie będą twierdziły, że nic do niego nie czują. On natomiast będzie bardzo niezdecydowany, więc będzie uderzał do obydwu, zależnie od okazji. I powiem szczerze, że jest to najsłabszy motyw całego serialu. Takie akcje mogą serwować w telenowelach, ale nie w fantasy. Rzecz totalnie nie do przyjęcia, która niszczy cały klimat. Do tego aktorstwo, tak drewniane i tak suche, że momentami patrzeć się nie chce. Niemal wszyscy zawodzą na tym polu, ale najbardziej główni bohaterowie, których niestety widzimy najczęściej na ekranie.

Zdecydowanie największym plusem serialu są ładne krajobrazy, które co prawda powtarzają się i wielokrotnie widzimy te same plenery. Ale niemniej wyglądają atrakcyjnie, tak jak powinno wyglądać rasowe fantasy. Efekty specjalne jak na serial też są niczego sobie. Demony (oprócz tych latających) wyglądają zupełnie jak orkowie z Władcy Pierścieni. Ale ogólnie w kwestii charakteryzacji i kostiumów, twórcy się postarali. Od strony technicznej wszystko jest zrobione, jak należy. Natomiast sporym rozczarowaniem jest dla mnie to, że motyw pozostałości po dawnej cywilizacji pełni jedynie funkcję dekoracyjną. Bohaterowie w zasadzie w ogóle nie zwracają uwagi na te zabytki, nie ma żadnych przemyśleń na temat dawnych ludzi. W tym motywie rzucają się też w oczy straszne idiotyzmy. Przypomnijmy, że akcja dzieję się w 3000 lat po naszej epoce. A tymczasem napotykamy zardzewiałe helikoptery czy samochody, które wyglądają jakby stały tam maksymalnie z kilkadziesiąt lat. Nie jestem fachowcem w temacie rozkładu różnych tworzyw, ale wydaje mi się, że wiele z pokazanych rzeczy nie przetrwałoby takiego okresu czasu. Jest scena w jakiejś sali, jakby szkole, gdzie wszystko wygląda jakby było pozostawione najdalej kilka lat temu. Drewno, papier, zdjęcia, mapy, wszystko zachowane w świetnym stanie. Ale kulminacją głupoty jest moment, w którym w pewnym miejscu z projektora, z taśmy, odtwarzany jest Star Trek, a potem jest dyskoteka i z głośników gra muzyka. Nie wiem jakiej to firmy sprzęt, ale jakimś cudem działa po trzech tysiącach lat. Takie bzdury sporo psują, choć z drugiej strony to tylko fantasy, tam nic nie jest realistyczne.

Kroniki Shannary to produkt MTV i jest z nimi trochę tak jak z teledyskami emitowanymi w tej stacji. Wyglądają ładnie i kolorowo, ale żadnych ambitniejszych doznań nie zapewnią. Potencjał był, ale stacja wolała uderzyć w młodzież, niż w starszego widza i zaserwowała nam drętwe, sztampowe romansidło w świecie fantasy. Nie jest to dzieło tragiczne, ale po skończeniu odcinka nie było absolutnie nic, co by sprawiało, że chciałbym włączyć kolejny. Tak miałkie, przewidywalne i mało interesujące, że z pierwszym sezonem męczyłem się grubo ponad miesiąc. Jeśli jesteście zagorzałymi fanami klimatów fantasy i wyznajecie zasadę, że „lepszy rydz niż nic”, to możecie spróbować. W innym wypadku raczej nie warto.

 

KOMENTARZE:

Jedna myśl nt. „Kroniki Shannary – recenzja pierwszego sezonu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

* Proszę wpisać znaki z obrazka [wielkość ma znaczenie]

Loading Disqus Comments ...
Loading Facebook Comments ...