Castlevania – Recenzja pierwszego sezonu

Facebooktwitter
[Średnia ocena: 4]

castlevania_netflix-1200x675W końcu jest! Odkąd usłyszałem, że Netflix zapowiedział serial Castlevania, czekałem z niecierpliwością. Dziś mogę powiedzieć, że było warto.

Do adaptacji gier zawsze podchodzę z dużym dystansem. Historia pokazała, że to co sprawdza się w grach, nie koniecznie nadaje się, by robić z tego filmy czy serial. Podobne obawy miałem, co do Castlevanii. Wychowałem się na pierwszych grach z tej serii, w których szło się głównie w prawo przez zamek Draculi, rozwalając hordy potworów. Jak to przekuć w dobry serial? Historia w produkcji Netflixa musiała zostać bardziej rozbudowana, by miało to wszystko jakiś sens. Dracula nie jest już typowym antagonistą, który sieje spustoszenie bez większego powodu. Postać ta nabrała głębi, ma swoje pobudki, by czynić zło. Tutaj nic nie jest do końca czarne ani białe, wszystko jest szare. Kościół wychwala Boga i w jego imię ciemiężący lud i spala ludzi na stosach. Trevor, który z początku ma wszystko gdzieś i zależy mu tylko na tym, aby się upić. Niemal każdy bohater ma jakieś drugie dno. Nie jest tak, że Dracula jest zły, a kościół dobry. Tutaj jedno zło wywołuje jeszcze większe zło, jak w reakcji łańcuchowej. Szybko zauważamy, że Ci, co uważali siebie za dobrych, tak naprawdę są tymi złymi.

Historia rozpoczyna się spaleniem na stosie żony Draculi przez lokalnego biskupa, co wywołuje gniew wampira. Otwiera wrota piekieł i zalewa Wołoszczyznę demonami, które mają zabijać każdego na swojej drodze. Kto mógłby stawić mu czoła, jeśli nie Trevor Belmont, pochodzący z rodziny pogromców wampirów? Początkowo stara się nie mieszać, ale ostatecznie sytuacja zmusza go do wypełnienia swojego przeznaczenia. Z czasem pojawia się magiczka Sypha Belnades oraz słynny Alucard, syn Draculi. Mamy zatem niemal komplet bohaterów z gry Castlevania III: Dracula’s Curse. Brakuje jedynie pirata Granta Danasty, ale może jeszcze się pojawi w przyszłym sezonie? Kiedy drużyna śmiałków jest już w komplecie, to serial się kończy, pozostawiając nas z dużym niedosytem. Ewidentnie te cztery odcinki, które otrzymaliśmy to eksperyment, który miał na celu wybadanie rynku. Na szczęście odzew widzów był bardzo pozytywny i już zapowiedziano, że powstanie drugi sezon, który ma mieć osiem epizodów.

Castlevania to serial animowany, ale nie znaczy to, że jest dla dzieci. W żadnym wypadku! Jest to produkcja niezwykle brutalna i krwawa. Powiem szczerze, że chyba jeszcze nie oglądałem równie brutalnej animacji. Na naszych oczach ludzie są rozrywani na strzępy przez demony. Krew i wnętrzności latają po ekranie. Twórcy nie oszczędzili nikogo i pojawiają się również widoki rozszarpanych dzieciaków czy niemowląt zagryzanych w łóżeczkach. Do tego kreska jest dość realistyczna i mroczna, więc potęguje to jeszcze efekt grozy i masakry. Na pewno nie dla widzów o bardzo wrażliwych żołądkach. Kolorystyka jest lekko jaskrawa, zwłaszcza eksponowane są czerwienie. Natomiast chłodne kolory są bardziej stonowane i jakby przybrudzone. Nadaje to niesamowitego klimatu mroku i cały czas powoduje jakiś niepokój. Nie ma sielankowych obrazków, przy których można by się wyluzować. Przedstawiony świat jest brudny, zniszczony i niebezpieczny.

Bardzo dobrze wypada angielski dubbing. Aktorzy spisali się świetnie. Niestety nie można tego samego powiedzieć o polskim podkładzie. Ten wypada zdecydowanie słabiej. Same głosy może nie są najgorsze, ale słabo zagrane, chwilami bez emocji i jakby nie pasowały do sytuacji. Polecam oglądanie z angielskim dubbingiem. Brakuje mi tu również świetnej muzyki, którą pamiętam z gier. Nawet jeśli twórcy nie mieli praw do oryginalnej ścieżki dźwiękowej z gier, to mogli chociaż zrobić coś podobnego. Muzyka była filarem starych Castlevanii, w serialu tego wyraźnie brakuje.

Ogólnie podobieństw do gier jest sporo. Trevor walczy przy użycia bata, bo jakby mogło być inaczej? Alucard wygląda podobnie do tego z gry Castlevania: Symphony of The Night. Dracula natomiast kojarzy mi się nieco z tym z filmu „Bram Stoker’s Dracula” Francisa Forda Coppoli. Podobnie jak tamten, na początku był dobry, ale dopiero po stracie żony stał się potworem. Nie pamiętam, aby coś takiego miało miejsce, w którejś Castlevanii (ale nie grałem we wszystkie). Jednym słowem, jeśli ktoś nigdy nie grał w żadną z gier, to i tak niczego nie straci, bo tutaj wszystko jest opowiedziane od nowa i trafia nawet do widza, który nie jest w temacie. Natomiast starzy wyjadacze odnajdą sporo smaczków, ale mogą też nieco narzekać na pewne rozbieżności. Niemniej uważam, że jest bardzo dobrze. Serial wciąga jak odkurzacz, wygląda znakomicie i ogląda się go z zapartym tchem. Tylko te cztery odcinki mijają jak z bicza strzelił i pozostaje nam czekać na kolejne. Byle nie za długo.

KOMENTARZE:

2 myśli nt. „Castlevania – Recenzja pierwszego sezonu

  1. A ja żałuje w tym serialu tylko jednego…że nie jest dostępny japońska ścieżka dźwiękowa :/ ogolnie gry przeszedlem rewelka i serial tez mi sie podobał

  2. No proszę ciekawa recenzja az chyba obejrzę.
    A był news o tym, że na chromcaście (dla urządzeń na androidzie) sa działające napisy dla shomaxa?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

* Proszę wpisać znaki z obrazka [wielkość ma znaczenie]

Loading Disqus Comments ...
Loading Facebook Comments ...