Anihilacja – recenzja

Facebooktwitter
[Średnia ocena: 3.9]

Anihilacja

Uznany reżyser „Ex Machiny” tym razem adaptuje pierwszą powieść z trylogii „Southern Reach”. Luźno adaptuje, bowiem czyni to w oparciu o zaledwie wspomnienie książki, której czytanie określa jako „śnienie”, a przed napisaniem scenariusza zdecydował… nie przypominać sobie lektury. Czy podczas oglądania jego filmu również śnimy na jawie? A może mamy ochotę dosłownie zasnąć? Zapraszamy do zapoznania się z recenzją „Anihilacji”.

Stojący za kamerą, a zarazem będący autorem ekranowej historii Alex Garland, jak sam przyznał – został ujęty oryginalnością dzieła Jeffa VanderMeera. Reżyser dodał, że gdyby próbował stworzyć kolejny projekt od zera, to nie jest pewien, czy byłby w stanie osiągnąć coś równie wyjątkowego. Ta świadomość posiadania wykreowanego już świata, który można ewentualnie zreinterpretować na własne potrzeby, zachęciła go do zaangażowania się w produkcję. I tak oto podjął się zadania ekranizacji niepowtarzalnej atmosfery literackiego pierwowzoru. Jednocześnie odcinając się od książkowych kontynuacji, których nie uwzględnił w tej adaptacji. Co więcej, „Anihilacja” nie została zaplanowana na franczyzę, cała historia miała się zamknąć bez rozmieniania na drobne.

Fabuła skupia się na biolożce Lenie (Natalie Portman), która trafia do centrum wydarzeń w konsekwencji zaginięcia męża w trakcie misji za iskrzącą tajemniczą powłoką. Bariera pojawiła się na Ziemi w niewyjaśnionych okolicznościach i zatrzymywała w swoich granicach wszystko, co je przekroczyło, łącznie z wysyłanymi tam oddziałami ludzi. Nie można było jednak po prostu zaprzestać wybierania się w niebezpieczny obszar, bowiem ów margines poszerzał się, stwarzając realną groźbę dotarcia do większych skupisk ludzi, a może i objęcia całej planety.

W robieniu ambitnego sci-fi istnieje ryzyko bardziej logicznego podejścia widza nawet do wątków abstrakcyjnych i o ile nie neguje się oczywiście samego faktu istnienia superzaawansowanej sztucznej inteligencji, najdziwniejszych mutacji, czy pozaziemskich form życia, tak relacje międzyludzkie, zachowania jednostek czy ciągi przyczynowo-skutkowe powinny być „wyjaśnialne”, zrozumiałe. Istnieje tutaj większa tolerancja dla słabości technicznych, natomiast merytorycznie oczekuje się najwyższego poziomu. W przypadku Anihilacji, pod sam jej koniec, który w mojej opinii jest akurat najlepszą częścią filmu, nie wszystko zostało we właściwy sposób wytłumaczone. Nie mamy tu jednak do czynienia z „pozytywnymi wątpliwościami’, na zasadzie otwartego zakończenia z mnogością rozwiązań, jakie widz może sobie ustalić na własną rękę, a raczej z niedopatrzeniem scenarzysty. Trudno operować w tej sferze recenzji bezspoilerowo, więc bezpiecznie jedynie zwrócę uwagę tym, którzy zdecydują się obejrzeć film na fakt, co przetrwało w ostatniej scenie i dlaczego w ogóle, skoro całą resztę szlag trafił. Na jakiej zasadzie nastąpiła reakcja łańcuchowa i czemu nie była kompletna. Jak dla mnie są to luki, których być nie powinno.

Rozwiązanie fabuły jest zresztą jednym z powodów, dla których film trafia na Netlfliksa wszędzie poza USA, Kanadą i Chinami. Finał ponoć nie przypadł do gustu wielu widzom na pokazach testowych, co z kolei miało skutkować wywarciem nacisku na reżysera, aby zmodyfikował swoją pracę. Ten jednak pozostał nieugięty – jak podkreśla – zawsze wraz z ostatnim ujęciem oddaje produkt kompletny i „Anihilacja” nie była wyjątkiem. Jednakże koniec końców, pomimo iż w szerszej perspektywie gatunku science-fiction budżet w wysokości około 40 milionów dolarów od dawna nie robi wielkiego wrażenia, a ryzyko fiaska było znacznie wyższe na przykład przy czterokrotnie droższym „Blade Runner 2049”, to studio na tyle nie dowierzało w projekt zbyt wymagający intelektualnie, że nie odważono się na kinową dystrybucję na całym świecie.

Inne zastrzeżenia pierwszych widzów odnosiły się do postaci granej przez Natalie Portman. Niestety żaden z bohaterów nie został obdarzony wyjątkowo ciekawą osobowością. Za każdym z nich stała idea posiadania skłonności do autodestrukcji, ale niewiele więcej. Według reżysera każdy człowiek ma skłonności do niszczenia samego siebie, często podświadomie. Zdarza się, że nie kryjemy się z takimi problemami popadając na przykład w nałogi, co widać także na zewnątrz, czasem jest na pierwszy rzut oka skrzętnie kamuflowane – aczkolwiek dotyczy wszystkich. Już sam ludzki organizm został tak zaprogramowany, że starzeje się, by na końcu ulec całkowitemu zniszczeniu. Tak mocne skupienie się li tylko na tym jednym aspekcie człowieczeństwa uczyniło całość bardziej monotematyczną.

Członkinie ekipy dostają po jednym, dwóch zdaniach opisu, aby uzasadnić ich udział w misji obarczonej dużym ryzykiem bycia bezpowrotną. Jedna zmagała się z używkami, inna z chorobą, kolejna chciała poczuć, że żyje wystawiając się na ból i niebezpieczeństwo. Najwięcej miejsca poświęca się oczywiście głównej heroinie, która otrzymała kilka flashbacków dla wzbogacenia życiorysu i motywacji. Inna sprawa, że nawet jej pobudki, choć rozsądne, to trochę burzyły klimat obrazu, zahaczając o wątek miłosny.

Odniosłem wrażenie, że cały ten dodatek retrospekcji miał uzasadnić pojawienie się w obsadzie Oscara Isaaca, bo grania i tak ma on tutaj niewiele. Nie jestem przekonany, czy przy stosunkowo małym budżecie produkcji niezbędny był akurat taki wybór odtwórcy głównej roli męskiej. Należy jednak pamiętać, że Isaac współpracował już z reżyserem Aleksem Garlandem przy „Ex Machinie”. Inną zastanawiającą decyzją castingową był udział Benedicta Wonga („Doktor Strange”) jako naukowca zadającego kilkanaście pytań w uniformie naukowca, z ledwo widoczną twarzą. Nie wiem, może zgodzono się na atrakcyjne ze strony producentów gaże, jak dla mnie każdego dolara lepiej było przeznaczyć na warstwę wizualną, bo ta była ważnym elementem filmu, a nieco niedomaga. W obsadzie uczestniczek wyprawy znalazły się twarze kojarzone z filmów takich jak „Thor: Ragnarok”, „Nienawistna ósemka”, czy serialu „Jane the Virgin”. We wcieleniach poprawnych, ale takich, których nie będziemy wspominać przez lata.

Na osobny akapit zasługują ścieżka i efekty dźwiękowe. Chyba żaden obraz ukazany w „Anihilacji” nie wywarł na mnie takiego wrażenia, jak to, co można było usłyszeć. Chociaż żeby nie było tak sielankowo, jest też na przykład jeden motyw muzyczny, oparty o pobrzdękiwanie gitary, który jak dla mnie ni w ząb nie pasuje do klimatu tak usilnie budowanego przez reżysera. Na domiar złego, owa melodia została użyta kilkukrotnie… W kontraście do tego stoją użyte gotowe utwory, na czele z „The Mark” grupy Moderat, który, w połączeniu z widokiem dziwnych wizualizacji CGI rodem z dawnego Windows Media Playera, w istocie pozostawia ślad po seansie. Godny pochwały jest również zabieg nadania specyficznego głosu zmutowanej bestii, ale konkretniejsze opisanie sceny zrujnowałoby odbiór.

I taka właśnie była dla mnie „Anihilacja”. To znaczy – ambiwalentnym przeżyciem, mieszającym udane rozwiązania, rozsądne myśli, ciekawe elementy audiowizualne z dłużyznami, bladymi postaciami i… mniej udanymi elementami audiowizualnymi. Nie do końca też dostrzegam tę anonsowaną przez reżysera oryginalność, bo podczas podróży trafiamy także na rozwiązania sztampowe, a wizja twórców zapewne była mocno ograniczana budżetem, przez co niektóre obrazy określiłbym mianem „bieda-Avatara”. To z kolei wymuszało stosowanie także praktycznych efektów, a więc nie zawsze było wadą. Ponadto, aby spotęgować efekt odmienności świata przedstawionego za zagadkową „bańką mydlaną”, przetasowano ujęcia zwykłych scenerii z fantastyką.

Jest to mocna premiera jak na udostępnienie od razu na platformie streamingowej, ale no właśnie – trafiła na nią, bo nie wszystkim przypadła do gustu i ja jestem w stanie owe wątpliwości zrozumieć. Nie umieściłbym tego tytułu na osi czasu uwzględniającej kamienie milowe gatunku, jak również trudno byłoby mi jednoznacznie polecić lub odradzić tak specyficzne dzieło, nie znając czyichś preferencji filmowych, bo nawet w gronie miłośników science-fiction nie jest to twór dla każdego. Jeśli ktoś jest w stanie wybaczyć niezbyt szybkie tempo a’la „Nowy początek”, z dużą częścią filmu będącą jedynie podwalinami pod to, co wydarzy się na końcu, to jest szansa, że i obejrzenia „Anihilacji” nie pożałuje.

„Anihilacja” będzie dostępna w serwisie Netflix już 12 marca bieżącego roku.

Łukasz „Lukop” Kopciński

KOMENTARZE:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

* Proszę wpisać znaki z obrazka [wielkość ma znaczenie]

Loading Disqus Comments ...
Loading Facebook Comments ...